Leave a comment

Z dystansem- krajobraz po burzy

W miniony weekend w trójmiejskiej Ergo Arenie na grzmoty zbierało się wyjątkowo długo. Burza z piorunami wybuchła w sobotę chwilę po północy, kiedy to w ringu zameldowali się bohaterowie wieczoru- mistrz świata WBO Krzysztof Głowacki oraz mistrz olimpijski z Londynu Aleksander Usyk. Mistrzowie przez duże M.
Bitewny kurz opadł, minęło dobrych kilkadziesiąt godzin, by na spokojnie i z pewnym dystansem ocenić wydarzenia pięściarskiego święta, jakie przygotowali nam organizatorzy. A działo się naprawdę sporo i jest co analizować.

Już pierwsza walka zwiastowała spore emocje. Konfrontacja młodego i niepokonanego Pawła Stępnia z doświadczonym, niewygodnym i twardym Norbertem Dąbrowskim to zestawienie, jakie zawsze będzie się dobrze oglądać i ‘sprzedawać’. Na punkty wysoko (79-73, 77-75, 79-73) wygrał młodszy z zawodników, chociaż z perspektywy hali ta walka wydawała się znacznie bliższa, a i nie brakowało głosów, że to ręka ‘Norasa’ powędruje w górę. No cóż, nie po raz pierwszy i ostatni walka z perspektywy widza na hali i przed telewizorem to dwie różne bajki i odbiór pojedynku może być skrajnie różny. I nie była to jedyna taka sytuacja tamtego wieczora. Tym razem młodość i siła zwyciężyły z niewygodnym stylem i doświadczeniem.

Michał Cieślak nie jest już początkującym zawodnikiem. Ma on już ugruntowaną pozycję na polskim rynku i powoli będzie wprowadzany na europejskie i światowe salony. Zanim jednak wykonał swoją powinność w sobotni wieczór w Ergo Arenie, musiał się trochę ‘napocić’. I to dosłownie. Okazało się, że na wagę wniósł niecały kilogram za dużo i po małym zamieszaniu ustalono, że zostanie ponownie zważony za dwie godziny. Wystarczyła intensywna tarcza z trenerem Jabłońskim, by w kilkadziesiąt minut pozbyć się ‘nadwagi’. W ringu żadnych komplikacji już nie było. Pierwsza runda spokojna. Może nawet za spokojna. W drugiej odsłonie kibice zobaczyli Cieślaka jakiego wszyscy znają. Rakiety zostały odpalone, a pięściarz z Rumunii ugiął się pod ciężkimi ciosami bombardiera z Radomia. Walka bez historii i z góry znanym przebiegu i rozstrzygnięciu. A już za kilka tygodni czas na prawdziwe wyzwanie- starcie z Ismaiłem Siłłachem (23-3, 18 KO) na listopadowym PBN. Będzie to jednocześnie trzeci tegoroczny występ Cieślaka na imprezach z tej serii. To mówi samo za siebie- Michał wyrasta na gwiazdę i twarz imprez sygnowanych logiem ‘słonecznej stacji’.

Patryk Szymański to kolejny już młody, zdolny i perspektywiczny zawodnik, który wystąpił tego wieczoru na imprezie organizowanej przez tercet Wasilewski & Werner & Babiloński. Miał być spacerek, wygrana do jednej bramki, a wiele osób spodziewało się nokautu na anonimowym pięściarzu z Ameryki Południowej. Tymczasem pięściarz z Konina dostał w ringu prawdziwą lekcję, w której musiał udowodnić swój charakter i wolę walki. Villalobos zbyt często i zbyt łatwo sprawdzał jego dziurawą tego dnia defensywę i twardość szczęki. Pomimo pasa młodzieżowego mistrza świata w stawce obaj zawodnicy bili się jak prawdziwi mężczyźni. Kto był wygranym tej walki? Sędziowie widzieli minimalną przewagę Polaka… Wielu kibiców oraz komentujących w Internecie widziało jednak zwycięstwo zawodnika z Argentyny o ringowym przydomku ‘Tsunami’. Ksywa jak najbardziej adekwatna- wystarczy spojrzeć na twarz Patryka po walce- było na niej wiele zadrapań i siniaków. A dlaczego pojedynek ten wyglądał tak, a nie inaczej? Teoretycznie wystarczyło boksować na dystans i czekać na nadarzającą się okazję do uderzenia mocnym ciosem z prawej ręki. W teorii brzmi prosto, szybko i skutecznie. Na słabą postawę (nie ma co ukrywać, że Patrykowi za ten występ należy się najwyżej trójka z ogromnym minusem) podopiecznego Chico Rivasa złożyło się wiele czynników: krótki odstęp pomiędzy walkami (ostatni pojedynek stoczony w lipcu z wymagającym Wilky Campfortem), brak odpowiednich sparingpartnerów oraz problemy z wagą. Chyba czas pomyśleć o wycieczce w górę, do kategorii średniej, by zbijać mniej kilogramów. Szymański ma czas na analizę i podjęcie odpowiednich decyzji w konsultacji ze swoim sztabem. Jedno jest pewne- wieszający na nim psy po słabszym występie jeszcze zdążą kilka razy zmienić zdanie i będą go nazywali naprzemiennie bumem lub obiecującym zawodnikiem. A sam pięściarz jest ostatnią osobą, do której można mieć pretensje o werdykt sędziów punktowych. Szymański przyznał na gorąco tuż po walce, że nie miałby pretensji jeśli zwycięstwo przyznano by jego oponentowi.

Jedyne tego wieczoru starcie wagi ciężkiej to tak naprawdę… odłożona w czasie ‘egzekucja’ na Albercie Sosnowskim. Starcie z Andrzejem Wawrzykiem było planowane na maj 2014 roku, jednak w ostatniej chwili zostało odwołane ze względu na poważny wypadek samochodowy, jakiemu uległ ‘Guliwer’. Dragon nie tak dawno, bo przeciez w marcu na gali w Żyrardowie, żegnał się z kibicami i przechodził na zasłużoną emeryturę. Długo na niej jednak nie wytrzymał… Nie on pierwszy i ostatni w tym biznesie. Źle ulokowane oszczędności, brak adrenaliny, chęć udowodnienia ‘jeszcze mogę, jeszcze potrafię, jeszcze was zaskoczę!’ – nie inaczej było pewnie w tym przypadku. Żadną tajemnicą nie jest, że były mistrz Europy to pięściarz rozbity (źle znoszący mocne uderzenia), a ciężkie nokauty z rąk Vitalija Kliczko czy Aleksandra Dimitrienki tylko w znacznym stopniu przyczyniły się do tego stanu rzeczy. Dragon jak zawsze wniósł do sercu ogromną ambicję, serce i wolę do walki, ale już przed pierwszym gongiem było wiadomo, że będzie to za mało na młodszego, silniejszego i obdarzonego lepszymi warunkami przeciwnika. Pojedynek zakończył się zgodnie z oczekiwaniami- porażką starszego z zawodników przed czasem. Przyczyną nie była jednak przedłużająca się wizyta na deskach, zbyt jednostronne lanie, a kontuzja łuku brwiowego, która uniemożliwiła dalsze kontynuowanie pojedynku. Można by rzec- wilk syty i owca cała. A skoro już o rozcięciach mowa- Wawrzyk przez kontuzję łuku brwiowego odniesionej w tej walce musiał odpuścić występ na listopadowym PBN, gdzie miał skrzyżować rękawice z Mariuszem Wachem. Oczywiście spadła z tego powodu na niego fala krytyki, że dał pokiereszować się rozbitemu i wyraźnie past-prime przeciwnikowi. A po walce z Rekowskim nie brakowało przecież głosów, że zawodnik z Niepołomic to prawdopodobnie najlepszy polski ciężki. Czasem warto brać odpowiedzialność za swoje posty i komentarze w Internecie. Ale w tym momencie wymagam chyba zdecydowanie zbyt wiele…
Wawrzykowi zarzuca się, że kiepsko wypadł na tle ’emeryta’. A mi wydaje się, że on po prostu chwilami oszczędzał Alberta. Miałem wrażenie, że kilka razy mógł go porządnie trafić, jednak z jakichś względów nie chciał tej ‘roboty’ kończyć.

Ewa Piątkowska sięgnęła po wymarzony pas mistrzyni świata, chociaż droga do niego prowadziła przez wycieczkę do wyższej kategorii wagowej. I choć w mediach społecznościowych bryluje jej imienniczka- Brodnicka, to tytuł królowej polskiego boksu na ten moment należy się podopiecznej Andrzeja Gmitruka. Chociaż Agnieszka Rylik czy Iwona Guzowska mogą mieć zupełnie inne zdanie w tej kwestii. Wystarczy poczytać wpisy na kontach w mediach społecznościowych wszystkich wymienionych wyżej pięściarek. A do walki ze świeżo upieczoną mistrzynią WBC kategorii super półśredniej chęć zgłasza była czempionka- Mikaela Lauren (27-4, 12 KO). Bez wątpienia byłby to prawdziwy test charakteru i ringowych umiejętności dla Polki. Oczywiście cały czas gdzieś w tle przewija się temat rewanżu z ‘Kleo’ , jednak wątpliwe jest, by do niego doszło w ciągu następnych kilku, a nawet kilkunastu miesięcy.

Rozgrzani dwoma pojedynkami rangi mistrzowskiej kibice w końcu mogli raczyć się głównym daniem wieczoru. A jego składniki były naprawdę wyborne- mistrz świata WBO Krzysztof Głowacki, który wnosi do ringu niesamowite serce do walki oraz charakter kontra mistrz olimpijski z Londynu Aleksander Usyk, słynący z nienagannej techniki, wzorowej pracy nóg oraz nietuzinkowej osobowości. Ukrainiec był faworytem bukmacherów przed tym pojedynkiem, a swoją postawą w ringu jedynie udowodnił słuszność ich typów. Co prawda nie miał on na swoim koncie 12-rundowych pojedynków i walk ze ścisłą czołówką tej kategorii wagowej, jednak pokazał, że talent czystej wody po prostu obroni się sam. I tak, niestety dla całego polskiego świata boksu, było. Wszyscy mniej lub bardziej życzeniowo myśleli, że Usyk w ostatnich rundach straci energię i nogi, na których z każdej strony obskakiwał mistrza z Wałcza. Większość z nas pisała scenariusze, w których podmęczony Usyk nie będzie już taki żwawy i ruchliwy, a ‘Główka’ będzie mógł go w końcu sięgnąć swoim potężnym uderzeniem z lewej ręki. To Głowacki jednak w 11. rundzie przeżywał kryzysowe momenty, kiedy to Usyk na jego głowie ulokował kilka naprawdę mocnych i czystych uderzeń. Ukrainiec pomimo niewielkiego doświadczenia na ringach zawodowych pokazał, że amatorski styl może być również skuteczny, by zdobyć mistrzowski pas- nienaganna praca nóg i wzorowe utrzymywanie dystansu przy pomocy prawej ręki.
Jedynymi osobami do jakich tego wieczoru można było mieć pretensje byli sędziowie punktowi, a konkretnie jeden z nich, który na swojej karcie absurdalnie wysoko zanotował wygraną Usyka (119-109). Wiele starć było wyrównanych i zaciętych. W teorii powinni iść one na konto panującego mistrza. Tak to wyglądało z perspektywy loży prasowej… Wystarczy jednak spojrzeć na twarze obu pięściarzy po ostatnim gongu- wyraźne ślady walki były widoczne tylko na jednej z nich.
Równie dobrze można było ten pojedynek wypunktować 116-114 lub 115-113. Można było nawet dać remis lub minimalną wygraną Głowackiego. Bo przecież panującego mistrza trzeba zdecydowanie pobić i zdominować. Wygrał jednak sport, a nie pozaringowe układy polityczne. Chociaż oczywiście można natknąć się na komentarze i teorie głoszące, że pas został ‘sprzedany’- Usyk to bardziej medialna postać, promujący go bracia Kliczko to znaczące persony w świecie boksu, a w tle przewijają się miliony dolary bliżej nieokreślonych ukraińskich oligarchów. Może i taka argumentacja ma ręce i nogi, ale chyba nie warto dłużej się nad nią pochylać.
A skoro już o Internautach po raz kolejny mowa: po walkach z Huckiem i Cunninghamem bardzo chwalili oni warsztat szkoleniowy trenera Fiodora Łapina. Po walce z Usykiem wygląda to tak: “Łapin OUT!”
Nowy mistrz świata WBO kategorii junior ciężkiej to nie tylko wielki sportowiec, ale również nietuzinkowa osobowość. Każdy, kto miał chociaż przez chwilę okazję spojrzeć mu w oczy widział w nich coś szczególnego. Od tego zawodnika bije po prostu szczególna aura i to czuć z daleka. Wypowiedzi o przeciwniku z pełnym szacunkiem, zarówno przed jak i po walce, podziękowanie publiczności zgromadzonej w Ergo Arenie w języku polskim- Usykowi słusznie należały się owacje na stojąco.
W żadnym stopniu nie można w tym miejscu deprecjonować osobowości Krzysztofa Głowackiego- jego szczerego uśmiechu i otwartości wobec kibiców.
Jakkolwiek by to nie zabrzmiało- zmierzył się zawodnik bardzo dobry z zawodnikiem wybitnym. Wygrał po raz kolejny sport. Wystarczy spojrzeć na to jak mało roboty miał sędzia ringowy. Takie walki to świetna reklama tej dyscypliny, niezależnie od wyniku. Bo zwycięzca w ringu może być tylko jeden. A pas trafił w godne ręce i prawdopodobnie zostanie w nich na dłużej.

Wiele scen zostanie już na zawsze w pamięci- niesamowity głos słynnego ring announcera Jimmy’ego Lennona Juniora, błysk w oku Usyka, niesamowita gra świateł i muzyki w Ergo Arenie, cała paleta różnych uczuć na twarzach sztabu Krzysztofa Głowackiego tuż przed wyjściem do ringu, ogłuszający doping widowni skandującej ‘Główka, Główka!’, łzy Tomasza Babilońskiego po ogłoszeniu końcowego werdyktu…
To był magiczny wieczór, niestety ze smutnym dla wszystkich polskich kibiców zakończeniem. Nikt z nas nie ma chyba jednak wątpliwości, że pas jeszcze zawiśnie na biodrach byłego (oby jak najszybciej!) mistrza świata z Wałcza. Bo który z polskich pięściarzy dał nam w ostatnim czasie tyle radości? I czy ktoś zna kogokolwiek, kto by mu źle życzył? Pytania retoryczne…

Emocje już dawno opadły, ale nawet po kilku dniach po ciele przechodzi dreszcz emocji podczas przywoływania w pamięci scen niesamowitej atmosfery towarzyszącej temu niezwykłemu pięściarskiemu wydarzeniu. Dla takich chwil się żyje. Bo jak głosi hasło na koszulce treningowej Krzysztofa Głowackiego- WARTO WIERZYĆ.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *