Leave a comment

Polsat Boxing Night: Final Call- komu zabił ostatni dzwonek?

Za nami piąta już edycja Polsat Boxing Night. Trzeba przyznać, że podtytuł ‘Final Call’ (ostatni dzwonek) okazał się marketingowym strzałem w dziesiątkę, bowiem dla wielu zawodników występujących na tej imprezie były to pojedynki o ‘być albo nie być’ w zawodowym boksie. Komu więc zabił tytułowy ostatni dzwonek, a kto swoimi ciosami utorował sobie drogę do jeszcze większych walk?
Kibice zmagania w krakowskiej Tauron Arenie zamiast pierwszego pojedynku… spotkali się z dość kuriozalną sytuacją. Otóż w ostatniej chwili dowiedzieli się, że nie dojdzie do pojedynku Ewy Brodnickiej z Anitą Torti z powodu kontuzji kolana Polki. Kleo do ostatniej chwili próbowała różnymi sposobami oraz środkami przeciwbólowymi wygrać zmagania z urazem, jednak ten okazał się silniejszy. Część publiczności mogła poczuć się zawiedziona, bo na hali byli na pewno tacy, którzy przyjechali specjalnie na jej występ z najdalszych zakątków kraju. Na co dzień bardzo aktywna w mediach społecznościowych Brodnicka do ostatniej chwili trzymała tę informację w ukryciu. Fani nie mieli by przecież pretensji o odwołany pojedynek, zwłaszcza że chodziło o sprawy zdrowotne. Dało to natomiast pole do popisu antyfanom Ewy, którzy złośliwie mogli stwierdzić, że widowisko na odwołaniu tego pojedynku nie straciło zbyt wiele, ze względu na niezbyt porywający i pełen klinczy boks mistrzyni Europy kategorii lekkiej.
Kolejne zestawienie miało być wielkim rewanżem za sensacyjną porażkę przed czasem, jaką Rafał Jackiewicz zadał znacznie młodszemu Michałowi Syrowatce. Pięściarz z Ełku bez większych problemów tym razem wypunktował rutynowanego przeciwnika. Zatem w ich starciu mamy remis. Czy jest sens organizowanie trzeciej potyczki, by bezsprzecznie stwierdzić który z nich jest lepszy? Oczywiście, że nie. Każdy z nich pójdzie teraz własną drogą- Michał wróci do swojej kategorii wagowej (super lekka- limit wagowy 140 funtów), natomiast ‘Wojownik’ z Mińska Mazowieckiego ma już zaplanowanych kilka startów do końca bieżącego roku. Syrowatka w przypadku porażki musiałby mocno zastanowić się nad sensem kontynuowania pięściarskiej kariery, Jackiewicz natomiast werdykt skwitował w swoim stylu: “Polacy, nic się nie stało!”. On wie, że przed nim jeszcze kilka występów, a przy okazji wpadnie do jego kieszeni kilka złotych, czego zresztą nigdy w swoich wypowiedziach nie ukrywał. W ringu też już raczej niczym nas nie zaskoczy, chociaż na pewno sprawi jeszcze niejednego ‘psikusa’ kibicom zabawną piosenką do wyjścia.
Dla Mateusza Masternaka powrót na polskie ringi był szczególnie ważny, zwłaszcza że przez ostatnie lata głównie tułał się po świecie walcząc na wyjazdach, gdzie rzucał go promotor, który chyba nie do końca miał pomysł na karierę Polaka. Pięściarz z Wrocławia nie krył zadowolenia i podekscytowania występem na gali organizowanej przez Polsat. Żartobliwie zapowiadał nawet, że cykl ten zmieni nazwę na “Master Boxing Night”. Eric Fields wydawał się idealnym rywalem do tego, by pokazać, że jeszcze za wcześnie by definitywnie skreślać byłego mistrza Europy kategorii cruiser. Zabrakło jednak przysłowiowej kropki nad i w postaci zwycięstwa przed czasem. Jest jednak niemal przesądzone, że Mateusza zobaczymy jeszcze na galach z tej serii. Powrót do narożnika trenera Gmitruka, podobnie jak ponowny występ przed własnymi kibicami, wyraźnie mu służy. Od pierwszego gongu był rozluźniony i bił seriami ciosów. Tego często brakowało w jego walkach. Temu zawodnikowi jeszcze nie raz zabije dzwonek na galach organizowanych przez Polsat. I nie będzie on tym ostatnim.
Ostatni dzwonek zabił chyba za to Marcinowi Rekowskiemu. Walka z Wawrzykiem pokazała, że stracił on niemal całkowicie odporność na uderzenia, a w kategorii ciężkiej ważą one szczególnie dużo. ‘Rex’ nie powinien zostać dopuszczony przez swój zespół do siódmej rundy. Wystarczająco dużo ciosów przyjął w starciu wcześniejszym i na miękkich nogach ledwo doszedł do narożnika. Przykry obrazek, ale i przestroga dla niego samego oraz jego sztabu, że lepiej po prostu zawiesić rękawice na kołku. Po prostu szkoda zdrowia. A to jest jedno i dane jest tylko raz. Zdecydowanie był to dla niego niemal ostatni moment, by przemyśleć sens kontynuowania kariery. 38 lat to poważny wiek, nawet jak na królewską dywizję, a porażki przed czasem z Aguilerą i Wawrzykiem pokazały, że Rekowski nie osiągnie nawet celów minimum, jakie zaplanował sobie na zawodowych ringach. Inne perspektywy rysują się natomiast przed jego rywalem, który początkowo nie był faworytem tego pojedynku, ze względu na kiepską odporność na ciosy. Ustrzegł on się jednak czystych uderzeń swojego kolegi (prywatnie obaj zawodnicy są bliskimi znajomymi) i sam ulokował na jego głowie kilka mocnych ciosów, prawdopodobnie kończąc jego karierę.
Podobnie ze swoim rywalem obszedł się Michał Cieślak, z tą różnicą, że z jego rywalem nie łączyły go żadne koleżeńskie relacje. Czarodziej z Portoryko przyleciał do Polski z bojowym nastawieniem. “Wizard time, baby!” – taki okrzyk towarzyszył mu podczas piątkowej ceremonii ważenia. W ringu już jednak tak magicznie nie było. Co dziwne, Palacios od pierwszej rundy szedł raczej na wymianę z mocno bijącym zawodnikiem z Radomia, zamiast w swoim stylu być znikającym punktem i frustrować tym starającego się dogonić go przeciwnika. Podopieczny Adama Jabłońskiego po raz kolejny pokazał, że na na darmo mówi się o nim, że kopie jak koń. Najlepszym dowodem na to jest fakt, że tuż po skończonym pojedynku Francisco domagał się szybkiego rewanżu. Najwyraźniej nie doszedł jeszcze do siebie po bombardowaniu jakie zafundował mu Polak… Cieślak poza dopisaniem najcenniejszego skalpu do zawodowego rekordu, dokonał chyba jeszcze ważniejszej rzeczy- efektowną wygraną podbił serca kibiców i kwestią czasu pozostaje jego występ jako gwiazda wieczoru. Kto wie, może nastąpi to już podczas kolejnej edycji Polsat Boxing Night, która zaplanowana jest na listopad?
Podczas szóstej edycji PBN nie zobaczymy na pewno Tomasza Adamka- pięściarza, który występował aż w czterech (!) pojedynkach wieczoru na galach z tej serii. Pojedynek z Ericiem Moliną miał odpowiedzieć na wiele pytań, w tym najważniejsze- czy Adamka stać jeszcze na walkę o najwyższe trofea w wadze ciężkiej. Profesjonalny obóz przygotowawczy w Osadzie Śnieżka, treningi pod okiem specjalisty od przygotowania fizycznego w osobie Jakuba Chyckiego, szereg badań wydolnościowych. Oczekiwania były naprawdę spore i śmiałe. Marzenia te rozwiał jednak potężny prawy prosty wyprowadzony ułamek sekudny przed gongiem kończącym dziesiątą rundę. W przypadku Adamka hasło “Final call” (ostatni dzwonek) okazało się aż nazbyt dosłowne… Można spekulować nad słusznością decyzji sędziego ringowego Leszka Jankowiaka, który zdecydował, że Adamek nie powinien kontynuować pojedynku. Z jednej strony miałby niecałą minutę na dojście do siebie w narożniku, z drugiej jednak- przez kolejne dwie rundy Molina mógłby ulokować nad jego nisko opuszczoną lewą ręką (odwieczny mankament ‘Górala’) kolejny mocny cios z prawej ręki, który mógłby ostatecznie ‘zgasić światło’. Tomasz urodził się wojownikiem, ale nie zawodnikiem wagi ciężkiej. W tej zabrakło mu argumentów w postaci warunków fizycznych oraz, przede wszystkim, silnego uderzenia. Samą szybkością, w którą tak wierzył i uparcie powtarzał o niej w wywiadach, walk z dwumetrowcami wygrać się nie da. Zwłaszcza, że wraz z refleksem znika ona pierwsza.’Młotek w rękawicy’ zostaje natomiast najdłużej. Zabrakło dwóch rund, by Adamek wręcz w wymarzony sposób zakończył długą i pełną sukcesów karierę. Mateusz Borek zdradził, że bez względu na wynik, walka ta miała być pożegnalną. Czy można wymarzyć sobie lepsze zakończenie kariery niż wygrana przed własną publicznością z zawodnikiem z zaplecza czołówki wagi ciężkiej?
Niestety pomimo przejścia pięściarza z Gilowic na bokserską emeryturę, po sobotniej porażce nie opadł jeszcze do końca wojenny kurz. Okazało się, że ekipa zawodnika złożyła protest w sprawie werdyktu i ma zastrzeżenia do pracy sędziego ringowego. Trudno taką decyzję jakoś sensownie skomentować. Wynik walki raczej nie ulegnie zmianie, Adamek do ringu także nie wróci (miejmy nadzieję, że słowa dotrzyma, bo to również buduje szacunek kibiców), więc można otwarcie zapytać- po co i dlaczego ktoś to robi? Czy pozaringowe przepychanki muszą rzucać cień na zakończoną przez niego karierę? Bez względu na to, jak ta sprawa się skończy, jedno jest pewne- Adamkowi należy się ogromny szacunek za osiągnięcia sportowe i wszyscy kibice sportu w Polsce powinni być dumni, że dane im było oglądać jego walki na żywo. Oby jak najkrócej było nam dane czekać na kolejnego pięściarza tego formatu. Ostatni dzwonek zabił dla niego 2 kwietnia w krakowskiej Tauron Arenie. ‘Gong’ od Moliny na sekundę przed gongiem kończącym rundę… Boks bywa bezwgzlędnie ironiczny i brutalny. Ale właśnie w tym tkwi pewne piękno tego sportu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *