Leave a comment

Power Punch: debiuty, powroty, rozczarowania…

Patrząc z perspektywy czasu, nazwanie sobotniej gali w Legionowie ‘Power Punch’ okazało się strzałem w dziesiątkę. Najboleśniej o tym przekonał się bohater walki wieczoru, który został dosłownie staranowany przez wracającego po kolejnej dłuższej przerwie Mike’a Mollo. Czy to koniec marzeń Zimnocha o osiągnięciu czegokolwiek w gronie zawodowców? Przegrana z zawodnikiem wyciągniętym z pięściarskiej emerytury chluby nie przynosi, zwłaszcza tak szybka. Zanim jednak dokładnie przyjrzymy się blitzkriegowi, jaki rozegrał się chwilę po 23.00 w Legionowie warto wspomnieć o wcześniejszych walkach.

W Legionowie byliśmy świadkami aż trzech debiutów. W walce otwierającej galę Siergej Werwejko (waga ciężka, Fight Events) nie miał najmniejszych problemów ze znacznie lżejszym i niższym Dawidem Styką, który od pierwszego gongu jedynie się bronił. Walka zakończyła się w pierwszej rundzie, a decydującymi okazały się ciosy na korpus. Kolejnym nowicjuszem jaki zaprezentował się w ringu był Przemysław Zyśk (waga półśrednia, Sferis Knockout Promotion) i o jego występie można napisać wiele dobrego. Niesiony głośnym dopingiem licznej grupy swoich kibiców konsekwetnie rozbijał Kamila Wybrańca, by ostatecznie wygrać przed czasem w trzeciej odsłonie. Oczywiście można mieć kilka zastrzeżeń, szczególnie do nisko trzymanych rąk, ale chłopak dopiero zaczyna zawodową karierę i cały czas udoskonala swój warsztat pięściarski. Trener Łukasz Malinowski mówił o jego mocnym uderzeniu. Jego podopieczny pokazał to wczoraj między linami. A w Polsce brakuje zdecydowanie pięściarzy, którzy potrafią ‘przyłożyć’. Czy Zyśk ma szansę wyróżnić się z tej licznej grupy? Niech dalej ciężko pracuje i potwierdzi słowa swojego szkoleniowca w następnych walkach. Ostatnim z debiutantów był Jordan Kuliński (waga półciężka, Fight Events), który również swojego przeciwnika odprawił przed czasem. Denis Kronemann był liczony kilkakrotnie, by w końcu ostatecznie dać się wyliczyć sędziemu ringowemu.

Dla Andrzeja Sołdry walka w Legionowie była z kolei powrotem po bolesnej porażce, którą dodatkowo okupił poważnym złamaniem nogi. Wszystko to miało miejsce niemal równe 10 miesięcy temu w tej samej hali. Wcześniej zanotował on tutaj remis z Bartłomiejem Grafką. Sobotnia walka była więc nie tylko także powrotem, ale także próbą pewnego przełamania ‘klątwy’ Legionowa. Do trzech razy sztuka? Plan został wykonany, chociaż Sołdra w wywiadzie po walce przyznał, że wygrałby ze Skrzypczyńskim przed czasem, gdyby słuchał wszystkich poleceń trenera Piotra Wilczewskiego. Pięściarz z Nowego Sącza momentami wdawał się w grę Skrzypczyńskiego, dla którego ringowa bójka i chaos jest ulubionym sposobem na pojedynek. Zawodnik grupy Babilon Promotion już za 4 tygodnie w Żyrardowie zmierzy się z Tomaszem Gargulą i jeśli wygra, to niemal pewne jest, że na jesieni skrzyżuje rękawice z Maciejem Miszkiniem. Będzie to starcie o miano najlepszego polskiego zawodnika wagi super średniej. Jedno jest pewne- Sołdra nie może w tym pojedynku za wszelką cenę pokazywać i udowadniać swojego charakteru i serca do walki. Przegrane przed czasem z Feigenbutzem i Makhtiejenką pokazały dobitnie to pokazały.

O ile Sołdra dopiero dopiero w trzeciej walce przełamał niekorzystną passę występów w Legionowie, tak Kamil Szeremeta zanotował tutaj już czwarte zwycięstwo. O ile wygrane z Talarkiem i Wawrzyczkiem nie były zbyt przekonujące i porywające, to zeszłoroczna zdecydowana wygrana nad doświadczonym Rafałem Jackiewiczem była cennym ‘skalpem’ do rekordu, a sobotnia wygrana przed czasem z niepokonanym Artemem Karpecem była prawdopodobnie najcenniejszą w karierze zawodnika z Białegostoku. Kto wie, może za rok Szeremeta zawalczy w szczęśliwej dla siebie hali o jakiś tytuł lub pas?

W pojedynce wieczoru jedno było pewne- nie potrwa on pełnych 10 rund. Stało się. Nie potrwała nawet jednej. Krzysztof Zimnoch przyznał w wywiadzie po walce, że nie wie co się stało i co nie zagrało. Trener CJ Hussein przed walką mówił o niespodziankach, jakie przygotowali w półdystansie dla Mike’a Mollo, który właśnie tam czuje się najlepiej. Ta strategia nie była niespodzianką. Ona była po prostu prezentem, z którego nie sposób było nie skorzystać. Mollo nie walczył od niemal trzech lat ( w 2013 dwukrotnie przegrywał przed czasem po ringowych wojnach z Arturem Szpilką), na wagę wszedł najcięższy w karierze (109,8 kg) , a jego trener przed walką otwarcie przyznawał, że jego podopieczny ma paliwa na maksymalnie pięć rund. Zagadką chyba pozostanie sposób rozegrania przez Zimnocha walki w taki a nie inny sposób. Wystarczyło po prostu dać ‘wystrzelać’ się przeciwnikowi, by w późniejszych rundach przejąć inicjatywę. Ale łatwo jest wydawać takie opinie stukając w klawiaturę lub oglądając walkę z boku. Zrzucanie winy na sędziego ringowego Leszka Jankowiaka jest także kiepską wymówką, tym razem trenera. Owszem, Mollo uderzył po komendzie, ale w ferworze walki. Nie na darmo arbiter ringowy przed każdym pojedynkiem udziela zawodnikom instrukcji w szatni. Jedną z naczelnych zasad jest “Protect yourself all the time”. Być może pojedynek ten potoczyłby się inaczej, gdyby Amerykanin dostał w tej sytuacji ostrzeżenie, a Zimnoch miałby wtedy kilka-kilkanaście sekund na dojście do siebie. Nie zmienia to jednak faktu, że pięściarz ściągnięty z emerytury zabiera zero w rekordzie zawodnikowi, w którym promotorzy pokładali spore nadzieje. Przy okazji zdobywa pas międzynarodowego mistrza Polski i można powoli pół-żartem, pół serio myśleć z kim przyjdzie mu walczyć w pierwszej obronie tego trofeum. A nam, kibicom nie pozostaje nic innego jak smutna refleksja nad tym jak brutalnie bywają weryfikowani nasi pięściarze. Niektórym być może przeszła przez głowę również myśl, że wczorajsze rozstrzygnięcie już na zawsze oddala poza wszelki horyzont walkę Szpilka-Zimnoch. I po raz kolejny plany te pokrzyżował nie kto inny jak sam Mike Mollo.

Niewykluczone, że zadziornego Amerykanina będziemy jeszcze gościć w naszym kraju. Mariusz Grabowski na swoim Twitterze napisał, że jest chętny do zorganizowania jego pojedynku z Mariuszem Wachem. O ile sportowo ta walka nie ma zbytniego sensu, to dla “Wikinga” wracającego po porażce w kiepskim stylu oraz zamieszaniem (ostatecznie nic nie udowodniono) z dopingiem takie zestawienie niesie dobry ładunek medialny. Krótko mówiąc: to się łatwo sprzeda.

12745807_1118922914785601_2485846169536194223_n

fot. To Jest Boks

 

Na koniec mały bonus. Oto statystki z walki Sturm-Czudinow. Pokazują one niepodważalne zwycięstwo Rosjanina, tymczasem na kartach punktowych sędziowie zdołali ‘wyczarować’ następującą punktację: 115-113, 115-113, 114-114. Dla Niemca oczywiście. Można narzekać, że Leszek Jankowiak w pewien sposób pomógł Mollo w zwycięstwie, ale to co zrobili sędziowie w Niemczech (nie pierwszy raz zresztą) można nazwać jedynie bezczelnym rabunkiem.
stats

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *